English
Po festiwalu
Gazeta Festiwalowa "Na horyzoncie", nr 8
31 lipca 2014
Motyle w gablotce

O zmienności ludzkich uczuć, historii kina i o tym, że Antonioni nie kręciłby dziś swoich filmów – opowiada Jacques Doillon, francuski reżyser.

Rozmowa z Jakiem Doillonem bohaterem retrospektywy Drugiej Nowej Fali na MFF T-Mobile Nowe Horyzonty.

Natalia Kaniak: Jak z perspektywy czasu ocenia Pan zjawisko Drugiej Nowej Fali we francuskim kinie?

Jacques Doillon: Trudno to oceniać. Musiałbym zacząć od samej Nowej Fali. W latach 60. była skupiskiem ludzi piszących w jednym piśmie. Wszyscy mieli w sobie wolę przeprowadzenia czegoś na kształt puczu przeciwko starszemu pokoleniu. Ale poza tym każdy z nich był w swoim świecie. Jedyną wspólną cechą, którą faktycznie można by przyporządkować do wszystkich tych twórców, jest to, że kręcili poza studiem. Nie czuliśmy się ich spadkobiercami. Gdyby zapytać Eustache’a, kim był jego ulubiony reżyser – jestem pewny, że powiedziałby, iż Mizoguchi, a nie Chabrol czy Resnais. Jeżeli zaś chodzi o Garrela, to ma w sobie tę współczesność i sposób myślenia, który przybliżał go do Godarda. Ale mimo że podziwialiśmy ich, trudno odwoływać się do twórców o jedno pokolenie wstecz. To raczej Murnau, Vigo i Bresson byli dla nas ważniejsi. Jeśli ktokolwiek zacznie do mnie nawiązywać, stanie się to po mojej śmierci.

A czy twórcy Drugiej Nowej Fali czuli się zgranym środowiskiem?

– Ani ja, ani Maurice Pialat czy Philippe Garrel nie pisaliśmy dla żadnej gazety. Niektóre czasopisma chciały zjednoczyć nas pod szyldem nowego naturalizmu. Naszą wspólną cechą, wynikającą z niskich budżetów, była praca poza studiem i rewolucyjne wobec tradycji podejście do intymności. Nie mieliśmy środków na finezyjne scenografie i dobry sprzęt, dlatego skupialiśmy się na emocjach między bohaterami. Wymagało to dłuższej pracy z aktorami, ale dzięki temu stworzyliśmy coś odrębnego. Zdarzyła nam się wszystkim propozycja, abym ja, Maurice Pialat, Jean Eustache, Philippe Garrel, Marguerite Duras grali u siebie nawzajem. Ale nie wyszło to poza sferę konceptu. Samą Duras spotkałem raz w życiu na ulicy, zamieniając w pośpiechu dwa zdania. A podobno tworzyliśmy wspólnie ruch filmowy. Naszą legendę chciano stworzyć na podstawie już istniejącej.

A zatem zapytam o to, co intryguje mnie tylko w Pana filmach. Kiedy Pańscy bohaterowie się kłócą, trudno mi stanąć po stronie któregokolwiek z nich, bo wydaje mi się, że rozumiem obie postaci. Skąd taka empatia w kreowaniu relacji?

– Odpowiem trochę obok, bo nie potrafię tego uzasadnić. Zawsze interesowała mnie zmienność uczuć. Potrafiłem być rano zakochany po uszy w mojej partnerce, a trzy godziny później nie móc znieść jej obecności. Już Montaigne mówił o „falujących emocjach”. Podobnego braku zażenowania wobec takiej zmienności nauczył mnie Benjamin Constant, który w dość cyniczny sposób w jednej z powieści numerował liczne kobiety bohatera. Każdej przypisywał dwa numery, jedna cyfra sugerowała gorące uczucie, druga – chęć porzucenia. W dziennikach jego postać potrafiła kilkakrotnie w ciągu dnia zmieniać owe numery, tak jak zmieniał się wobec kobiet jego stosunek. Rzadko w literaturze i kinie mamy odwagę mówić o swoim niezdecydowaniu. Wielu ludzi nie wierzy lub nie chce wierzyć w tę emocjonalną niestabilność człowieka. Wolą przyszpilić się jak motyle w gablotce i trwać w nieszczęściu. Tymczasem podobnie jak motyl powinien latać, tak człowiek nie powinien czuć się źle ze swoją zmienną naturą. I właśnie o tym chciałem robić filmy.

A skąd ta sympatia wobec niedoświadczonych aktorek?

– Wbrew pozorom kręcenie filmów z dziećmi i nastolatkami jest prostsze. Wolę także pracować z kobietami, co prawdopodobnie wynika z tego, że jestem starej daty heteroseksualistą, ale również z tego względu, że mężczyźni są znacznie bardziej zdystansowani. W dodatku nie z ich winy, a przez złe wychowanie, w którym zbyt wiele aspektów dorastania upraszcza się. Dziewczyny uczy się płakać, chłopcom zabrania się tego zbyt wcześnie. Trudno być dobrym aktorem, skoro całe życie każe ci się ukrywać emocje.

Filmy francuskie, jakie oglądamy w Polsce, pełne są wciąż tych samych twarzy.

– Trudno mi oceniać współczesne kino francuskie obiektywnie. Według mnie to totalna degrengolada. Od końca lat 80. nie zdarzyło się w nim nic ciekawego. Wynika to z fatalnej edukacji w szkołach i jeszcze gorszej telewizji. Mało kto potrafi zbuntować się wobec tej przeciętnej rozrywki, jaką karmią młodzież francuskie media. Obecnie jest to podwójnie trudne. Myślę, że ze wszystkich filmów, jakie nakręciłem, może dwa miałyby dziś szanse na państwowe sfinansowanie. Ale Antonioni też nie zrobiłby dziś „Powiększenia”.

Czyli Trzecia Nowa Fala miałaby trudniej.

– Myślę, że jest kilku reżyserów, którzy są zbyt pochopnie wynoszeni na piedestał. Może zgłupiałem na starość, ale to, co dzieje się teraz w Cannes, nie zasługuje na poklask.

Rozmawiała Natalia Kaniak

Moje NH
Strona archiwalna 14. edycji (2014 rok)
Przejdź do strony aktualnej edycji festiwalu:
www.nowehoryzonty.pl
Nawigator
Lipiec / sierpień 2014
PWŚCPSN
212223 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
Skocz do cyklu
Szukaj
filmu / reżysera
 
KalendariumIndeks filmówMój planKlub Festiwalowy Arsenał
© Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
festiwal@nowehoryzonty.pl
realizacja: Pracownia Pakamera
Regulamin serwisu ›