English
Po festiwalu
Gazeta Festiwalowa "Na horyzoncie", nr 9
01 sierpnia 2014
Historie sąsiedzkie

– Obok nas żyją ludzie, których nie znamy, a każdy z nich ma własną historię – mówi György Pálfi, którego film „Swobodne opadanie” prezentowany jest w sekcji Panorama.

Rozmowa z Györgyem Pálfim węgierskim reżyserem.

Kuba Armata: „Swobodne opadanie” to bardzo oryginalny projekt. Jak rodzą się takie pomysły?

György Pálfi: Ten film powstał z dwóch powodów. Pierwszy jest dość prozaiczny i wyraża się w moim podejściu do reżyserii. Drugi związany był z inicjatywą koreańskiego festiwalu filmowego w Jeonju, od którego dostałem sto tysięcy dolarów i sześć miesięcy, żeby zrealizować film.

Spore wyzwanie.

– Rzeczywiście, to krótki czas i niewielkie pieniądze jak na pełnometrażową fabułę. Podobało mi się jednak podejście gwarantujące całkowitą wolność artystyczną. To zupełnie inny typ myślenia o finansowania filmu niż w Europie. Tu zawsze określane są jakieś ramy, nakładane ograniczenia, a w Korei tego nie było. Czemu w takim razie nie zaryzykować i nie zrobić czegoś naprawdę oryginalnego?

W efekcie to koprodukcja węgiersko-koreańsko-francuska.

– Sto tysięcy dolarów, które otrzymaliśmy, nie były wystarczające, by zrobić film. Wiele rzeczy udało nam się uzyskać za darmo. mogliśmy wykorzystać po kimś lokację, bez ponoszenia dodatkowych kosztów. Pod tym względem na Węgrzech filmy realizuje się stosunkowo łatwo. Wiele firm, powiązanych z przemysłem filmowym, chcąc pomóc, udostępnia swoje zasoby. Problem w tym, że zawsze brakuje pieniędzy. Jedynym kosztem, jaki musieliśmy ponieść, realizując „Swobodne opadanie”, były gaże aktorskie.

Jak zatem przebiegały prace nad filmem?

– Sytuacja była dość specyficzna. Zazwyczaj najpierw powstaje scenariusz i z nim chodzi się w różne miejsca, szukając pieniędzy. Problem polega na tym, że każdy chce wtedy coś w nim zmienić. W efekcie końcowy tekst może zupełnie nie przypominać tego, który był na początku. My natomiast mieliśmy pieniądze, ale za to bardzo niewiele czasu. Pierwsza wersja scenariusza powstała w dwa tygodnie. Film składa się z siedmiu części. Nie mieliśmy czasu na casting. Chciałem pracować z aktorami, których dobrze znałem i wiedziałem, że podołają zadaniu. Są znani, a więc zajęci, dlatego mogliśmy poświęcić tylko dwa dni na każdy z epizodów.

Czy wykorzystał Pan jakieś swoje wcześniejsze pomysły, inspiracje?

– Każda z części związana była z jakąś ideą, która chodziła mi po głowie, czy to na poziomie pomysłu, czy samej inspiracji. Musiałem je wykorzystać. Najczęściej były zbyt skromne, by zrobić z nich cały film, ale jednocześnie zbyt istotne, by w ogóle je pominąć.

W „Swobodnym opadaniu” jest dużo czarnego humoru, absurdu, groteski.

– Humor od samego początku był integralną częścią mojej twórczości. Chcieliśmy, żeby ten film wywoływał uśmiech na twarzy. Do chwili konfrontacji z widzami zawsze jest jednak u twórcy spora niepewność. Papierkiem lakmusowym był premierowy pokaz na festiwalu w Karlowych Warach. Wtedy dostaliśmy odpowiedź na pytanie, czy publiczność zaakceptuje naszą wizję i zawarty w filmie typ poczucia humoru. Na szczęście się udało.

Czy to także forma reakcji na otaczającą, dość smutną ostatnimi czasy rzeczywistość?

– Nie żyję pod kloszem, mam świadomość tego, co się dzieje wokół mnie, i w pewien sposób to na mnie oddziałuje. Moja odpowiedź na to poniekąd zawiera się właśnie w specyficznym poczuciu humoru. Szybki tryb pracy zmusił nas też do tego, by zająć się tym, co jest tu i teraz.

Interesująca jest formalna strona filmu, każda z części jest inna.

– To była część naszej zabawy, a na planie bawiliśmy się świetnie. Już na etapie scenariusza zdecydowaliśmy, że chcemy realizować kolejne epizody w różnej stylistyce. Później wszyscy, od operatora przez scenografa po kostiumografa, mieli swoje pomysły i chcieli pokazać w każdym z epizodów coś zupełnie innego. Z braku czasu często po prostu się na nie zgadzałem. 

Oglądając „Swobodne opadanie”, bardzo szybko zacząłem zastanawiać się nad historiami moich sąsiadów.

– Taki był nasz pomysł na film. Żeby pokazać, że obok nas żyją ludzie, których nie znamy, a każdy z nich ma własną historię. Poprzez przypadkowe spotkania na korytarzu widzimy tylko małe fragmenty z ich życia. Na tej podstawie budujemy historie na ich temat. Choć finalnie mogą się one zupełnie rozmijać z prawdą, często pewnie są dużo ciekawsze niż ich własne życie.

Rozmawiał Kuba Armata

Moje NH
Strona archiwalna 14. edycji (2014 rok)
Przejdź do strony aktualnej edycji festiwalu:
www.nowehoryzonty.pl
Nawigator
Lipiec / sierpień 2014
PWŚCPSN
212223 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
Skocz do cyklu
Szukaj
filmu / reżysera
 
KalendariumIndeks filmówMój planKlub Festiwalowy Arsenał
© Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
festiwal@nowehoryzonty.pl
realizacja: Pracownia Pakamera
Regulamin serwisu ›