English
Błażej Hrapkowicz: Oko cyklonu

GRAND PRIX XVIII Konkursu o nagrodę im. K. Mętraka

tekst ukazał się w dwutygodnik.com nr 108/2013

Jeśli ktokolwiek nakręcił film perfekcyjnie spełniający definicję rebootu, jest to prawdopodobnie J.J. Abrams. Owszem, Marc Webb zrestartował niedawno Spider-Mana w filmie, który przybliżył filmowego Pająka do komiksowego pierwowzoru, ale scenarzyści pożyczyli dużo wątków od Sama Raimiego, autora poprzedniej trylogii. Estetyczny realizm Christophera Nolana jest rewolucją w filmowych przedstawieniach Batmana, ale twórca „Memento” przed wejściem na plan po prostu wyzerował licznik i zaczął od nowa. W „Star Treku” zaś Abrams rozegrał dialog między starym i nowym na poziomie samej fabuły – zamiast niszczyć i budować od podstaw, zdecydował się na koegzystencję tradycji z nowoczesnością. Dzięki inteligentnemu i pomysłowemu scenariuszowi pogodził szacunek dla oryginału z potrzebą reinterpretacji.

Zarzucanie Abramsowi czysto merkantylnych pobudek byłoby niesprawiedliwe, ale z pewnością polityka hollywoodzkich studiów, które kierują się imperatywem dotarcia do możliwie najszerszej widowni, miała tutaj ogromne znaczenie. Dlatego Abrams – pojętny uczeń Stevena Spielberga – wpisał motywy i postaci znane z oryginalnego serialu w ciągle żywą (i opłacalną) formułę Kina Nowej Przygody. Kapitan Kirk i jego pierwszy oficer Spock – obok kapitana Picarda chyba najbardziej ikoniczni bohaterowie „Star Treka” – uczestniczą więc w pełnych napięcia konfliktach i bitwach, by nagle, przy akompaniamencie świszczących laserów, odegrać komediowy gag lub rzucić ciętym one-linerem.

W pierwszej części Abrams wymierzył dramaturgiczne proporcje z małpią zręcznością i wyobraźnią alchemika. Spektakularne sekwencje nie przyćmiewały dialogu ani relacji między bohaterami, a te ostatnie nie zmniejszały tempa narracji – ba, niekiedy wręcz je podkręcały. Pod tym względem „W ciemność. Star Trek” odstaje od poprzednika – niektóre wątki i epizody, ważne dla rozwoju postaci, giną w natłoku atrakcji, których jest tak wiele, że scenarzyści ratują się czasami chwytami cokolwiek naiwnymi, aby spiąć fabułę. Na szczęście Abrams to wysokiej klasy spec od wysokobudżetowej rozrywki, który w dodatku może się pochwalić własnym stylem, więc nadal jest co oglądać.

Przede wszystkim – i na tym polu sequel zdecydowanie przewyższa pierwszą część – patrzeć można na czarny charakter, czyli Johna Harrisona (Benedict Cumberbatch). Jest on bowiem kolejnym dowodem na to, że Hollywood próbuje się mierzyć z kwestią terroryzmu w nieco bardziej zniuansowany sposób niż chociażby w sensacyjnych hitach z lat 90. pokroju „Air Force One” Wolfganga Petersena. Abrams wykazuje się nawet nieco większą odwagą niż Nolan, który w „Mroczny rycerz powstaje” szybko sprowadził postać Bane’a do pospolitego tyrana.

Harrisona poznajemy jako zwykłego terrorystę, ale później wychodzi na jaw sprawa, za którą walczy, i jego czyny przestają być jednoznaczne. Nawet jeśli Abrams – twórca bądź co bądź mainstreamowy – konkluduje, że Harrison jest jednak mordercą, którego można co najwyżej wykorzystać do szczytnych celów, to intensywna, fascynująca i dwuznaczna twarz Cumberbatcha, balansującego między uzasadnioną determinacją i potworną brutalnością, zostaje przed oczami na dłużej niż dwie godziny seansu.

Terroryzm jest zresztą tylko jednym z kilku tematów przewijających się w filmie. W myśl koncepcji Abramsa, nowy „Star Trek” ma łączyć cechy charakterystyczne serialu z nowoczesną formułą blockbustera, oferującą proste przyjemności. W oryginale Gene’a Rodenberry’ego odbijały się ówczesne polityczne konflikty – np. walka o prawa obywatelskie dla mniejszości etnicznych. Serial był także bardziej statyczny niż eskapistyczny, o zwycięstwie lub porażce decydowała często strategia, nie zaś fizyczna tężyzna czy szybka ręka. Abrams działa według zasady „dla każdego coś miłego” i wychodzi mu to nadspodziewanie dobrze.

Najlepiej intencje reżysera podsumowuje otwierająca sekwencja, która równie dobrze mogłaby się znaleźć w „Poszukiwaczach zaginionej arki”. Najpierw oglądamy szaleńczą ucieczkę Kirka (Chris Pine) i oficera medycznego Bonesa (Karl Urban) przed agresywnymi tubylcami, a potem niezgodną z przepisami akcję ratunkową, dzięki której ocalone zostaje życie Spocka (stworzony do tej roli Zachary Quinto). Niezgodną z przepisami, bo załoga statku Enterprise ujawniła tym samym swoją obecność na planecie zamieszkanej przez prymitywny lud.

 W sequelu „Star Treka” Abrams, bardzo hałaśliwie i chwilami trochę chaotycznie, ale jednak, stawia pytanie, czy możliwa jest eksploracja bez inwazji. Czy etos Gwiezdnej Floty i załogi Enterprise, czyli odkrywanie nowych światów, może się obejść bez przemocy? Jaka jest granica między eksploracją i kolonializmem? Co się stanie, jeśli instytucja, która wypisała na sztandarach wspaniałe idee, ulegnie rozkładowi i czy można ją wówczas uratować? „W ciemność. Star Trek” jest dużo bogatszy w problematykę niż pierwsza część, wprowadzająca nas raczej w nowy świat przedstawiony niż definiująca targające nim konflikty. Być może dlatego wydaje się nieco bardziej przeładowany, mniej świeży, raczej przytłaczający niż porywający.

Mimo większego nacisku na problemy polityczne i strukturalne, Abrams nie zarzuca wątków prywatnych, a niektóre wpisuje nawet w szerszy kontekst. Konflikt między buntownikiem Kirkiem i legalistą Spockiem staje się w sequelu częścią większego dylematu: co jest ważniejsze – procedury i taktyka czy instynkt i zręczność? Abrams oczywiście siada okrakiem na barykadzie – w kluczowej rozgrywce równie istotne okażą się brawura Kirka i taktyczny spryt Spocka.

Być może jednak największą siłą obu „Star Treków” – i widowisk Abramsa w ogóle – jest mariaż szczegółowo zaprojektowanego i świetnie poprowadzonego spektaklu z intymną perspektywą. Jak na hollywoodzkiego twórcę, Abrams korzysta z wielu interesujących zabiegów wizualnych – potrafi pomysłowo grać światłem i kolorem, zakrzywia perspektywę, w zależności od potrzeb puszcza kamerę w ruch płynny bądź chropowaty. Panuje nad każdym detalem, ale największe wrażenie robią jego zbliżenia – kadrowane na lekkim przechyle kamery momenty ciszy pośrodku chaosu, rodzaj filmowego oka cyklonu. To w nich czuje się smutek, gniew czy strach bohaterów; to w nich oglądamy fenomenalne wyznanie miłosne Spocka – uczucie wyrażone językiem logiki; to w nich wreszcie o swojej klasie przypomina Bruce Greenwood, niegdyś jeden z ulubionych aktorów Atoma Egoyana.

 

Błażej Hrapkowicz

Krytyk filmowy, kulturoznawca. Absolwent Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Redaktor i prowadzący czwartkowej audycji "Na cztery ręce" w radiowej Czwórce. Współpracuje z "Kinem", portalami "dwutygodnik.com", "filmweb.pl", "Fandor". Prowadził i współredagował "Aktualności Filmowe" w Canal+. Współautor książek "Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej" (red. Jakub Bożek) i "Wunderkamera. Kino Terry'ego Gilliama" (red. Kuba Mikurda). Laureat Grand Prix Konkursu im. Krzysztofa Mętraka, nominowany do Nagrody PISF w kategorii "Krytyka filmowa" (2010) i "Audycja radiowa lub program telewizyjny" (2014). Wielbiciel Jeana-Luca Godarda, Joela i Ethana Coenów, Bruce'a Springsteena i Jona Stewarta. Fan Manchesteru United i angielskiego futbolu.

Moje NH
Strona archiwalna 14. edycji (2014 rok)
Przejdź do strony aktualnej edycji festiwalu:
www.nowehoryzonty.pl
Nawigator
Lipiec / sierpień 2014
PWŚCPSN
212223 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
Skocz do cyklu
Szukaj
filmu / reżysera
 
KalendariumIndeks filmówMój planKlub Festiwalowy Arsenał
© Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
festiwal@nowehoryzonty.pl
realizacja: Pracownia Pakamera
Regulamin serwisu ›